expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

wtorek, 16 maja 2017

Matka, która ma czas na książki.


Dawno, dawno temu chodziłam z wielkim brzuchem i chłonęłam wszelkie mądrości otaczających mnie mam. Jako świeżak nie miałam pojęcia, że to nie do końca tak. Jawiła się przede mną wizja zimnych kaw, nieprzespanych nocy, osranych koszul i zarzyganych włosów. Twarz bez makijażu, odrosty pierwsza klasa, ogromne torby mające zastąpić moje tousowe ukochane minitorebki i adidasy na każdą okazję. Kiedy nieśmiało próbowałam się sprzeciwić proponując jakieś sensowne moim zdaniem rozwiązania, wszelkie moje pomysły rozbijały się o "ten" uśmiech i "to" stwierdzenie "Sama zobaczysz, korzystaj zanim się urodzi". No tak. W końcu one już mają, to pewnie i wiedzą lepiej. Przygotowana więc na armagedon turlałam się po ulicach Figueres korzystając z tego co miało się zaraz drastycznie skończyć. Czytałam. Dużo czytałam, powiedziano mi bowiem, że o tym też mogę sobie zapomnieć na czas co najmniej dłuższy. Była to dla mnie perspektywa przerażająca, coś co mnie przerastało. Nie chciałam się zgodzić na takie rozwiązanie.
Czy naprawdę zamienię się w mleczną krowę, która nie będzie miała szans ni prawa do jakiejkolwiek normalnej egzystencji?
No właśnie.
Teraz pojawi się apel.
Kochane mamy! Nie straszmy "młodszych" koleżanek takimi wizjami! To nie fair! 
Na dodatek to wszystko bujdy na resorach.
Owszem, przeszliśmy kolki, ząbkowanie, nieprzespane noce (max 3h ciągiem) przez półtorej roku, atopowe zapalenie skóry. Przeszliśmy też znacznie więcej, niż powinniśmy. Ci, którzy są z nami dłużej wiedzą, jak nam się w pewnym momencie tata wykopyrtnął. Zdarza się. Nie, moje dziecko nie było spokojne i ugodowe. Nadal takie nie jest. Nie, nie posiadam armii kuzynek, sióstr, mam i teściowych na podorędziu, gotowych do odciążenia mnie w obowiązkach w każdej chwili. Nie, nie mam też niani i nigdy nie miałam. Miałam za to męża wiecznie w pracy, psa wiecznie gubiącego kłaki i uciekającego ze smyczy. I Miniczłowieka. Dalej mam ich wszystkich. I żyję. Czytam książki, noszę swoje tousowe minitorebki i obcasy też. Da się. Wcale nie wymaga to żadnych heroicznych poświęceń.

Są takie dni, kiedy miniczłowiek ma mamitis mocno zaawansowany. Fajne to są dni. Chodzimy sobie wtedy do lasu, opowiadamy sobie historie, trenujemy rokiego w skokach. Czasami czytamy razem. Czasami układamy lego, albo ganiamy po podwórku udając dinozaury. Różne rzeczy robimy. Czasami jednak w dni mamitis, mama nie jest w formie. Jedyne o czym marzę to odetchnąć chwilę Jedyne, czego pragnę to na kilka stron relaksujących literek. Wówczas mamitis zaawansowany po godzinie a czasem już po pół godziny daje mi w kość. Wtedy sięgam po tajną broń. Lekką, tanią i niezawodną.  Co to za cudo? Otóż to spryskiwacz. Taki do kwiatów. Co najmniej godzina spokoju, podczas gdy miniczłowiek pryska sobie. Kąpie dinozaury. Myje traktory. Podlewa kwiatki, krzesła i mamę czasami. Konewka też nie jest zła, ale po zabawie konewką wszystko jest mokre. I buty i miniczłowiek i czasami mama i książka też. Także spryskiwacz jest lepszy. Poza tym konewkę trzeba co chwilę napełniać. A to może w zależności od humoru miniczłowieka wymagać ingerencji mamy, co znowu eliminuje książkę.
Bardzo fajny jest taki spryskiwacz w wersji mini, fryzjerski. Na pewno dostaniecie u każdego chińczyka takie cudo za parę złotych.
No dobrze. To było łatwe. Sporo z was ma mniej wymagające dzieci i sam fakt przebywania na podwórku z piaskownicą i zabawkami załatwia sprawę. Ok. To teraz zmienimy scenerię.
Jak poczytać książkę późnym popołudniem, gdy pada i nie ma jak wyjść, a dziecię poza tym, że ma mamitis zaawansowany także jest znudzone i marudne? Kiedy nie chce rysować, nie chce lego i puzzli też nie. Kiedy samochody i owszem,ale tylko i wyłącznie z udziałem mamy, która właśnie pada na pysk i nie ma siły na nic. Kiedy zawodzi plastelina i wycinanki. Nie działa ogłupiacz w postaci tv. Otóż wtedy do akcji wchodzi stół kuchenny, koc i latarka. Zawsze działa. Jeśli jeszcze w kuchni zgasi się światło i zapali lampkę nad kuchenką jest po prostu czad. W salonie natomiast na sofie dzieją się fajne rzeczy. Mam na myśli matkę zatopioną w lekturze. Przynajmniej przez godzinę. 


To są dwa przykłady na to, że można. Że da się. Sposobów jest więcej, te jednak są tymi najczęściej przeze mnie używanymi. Macie swoją tajną broń? Podzielcie się!






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz