expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

czwartek, 20 kwietnia 2017

Rzymianie wkraczają do Girony

Było pochmurno i nieciekawie. Jednak deszcz przy 25 stopniach Celsjusza brak słońca nie mógł nas odstraszyć. 
Jest to cecha charakterystyczna dla Świąt Wielkiejnocy w Katalonii. Musi padać. Przynajmniej przez jeden dzień, więc i tak mieliśmy szczęście, że nie lało przez cały tydzień.
Wybraliśmy się w Wielki Piątek na spacer do Girony. Starówka jak zwykle tętniła życiem. Może nawet bardziej niż zazwyczaj, choć deszcz niektórych wykurzył do domu.
Girona jest uroczym miejscem zarówno dla turystów, jak i dla stałych bywalców. Jest miastem studenckim, pełnym młodych ludzi z najróżniejszych zakątków świata. Jest często odwiedzanym miejscem turystycznym na mapie Hiszpanii. Czasami lubię połazić sobie tymi uliczkami bez celu błądząc wśród knajp i sklepików z pamiątkami. Tak po prostu. Dziś wybraliśmy się właściwie bez celu i bez planu. 
Padać zaczęło oczywiście dopiero, jak dojechaliśmy na miejsce, także standardowo nie miałam parasola i tylko przez przypadek Miniczłowiek miał wiatrówkę z kapturem. Pierwszą rzeczą, jaką zrobił było wskoczenie w kałużę, więc przynajmniej nie musiałam się martwić, że przemoczy sobie nogi. Skakał tak później już przez cały spacer i szczęśliwy był z tego powodu niesamowicie. Nie miałam serca odmawiać mu tej radości.













Okazało się, że trafiliśmy na "Manaies de Girona" Czyli paradę rzymskich legionistów. Parada przechodzi przez całą starówkę, kończąc występem na schodach katedry. My "złapaliśmy" ją na samym początku. Zmoknięci stwierdziliśmy, że nie będziemy szli jej śladem, by zobaczyć całość. Jeśli znajdziecie się w lepszych warunkach (bez skaczących przemoczonych małolatów i sami z jakimś parasolem) to zachęcam was do obejrzenia całości. Warto.
Młody był zachwycony konikami na chwilę przestał skakać. 
Od kiedy tutaj mieszkam Wielkanoc właściwie mnie omija. Zawsze pracuję. Jest to okres napływu turystów, kiedy mamy najwięcej pracy, więc o urlopie podczas "Semana Santa" zazwyczaj mogę sobie pomarzyć. Tym bardziej cieszą mnie takie atrakcje. W sumie rezygnacja z obfitych śniadań, które przekształcają się w śniadanio-obiady i unieruchamiają człowieka z przejedzenia, na rzecz popołudniowych spacerów i odkrywania innego sposobu spędzania świąt, póki co zaliczam na plus mojej zmiany miejsca zamieszkania. Muszę zaznaczyć, że nawet religijne "imprezy" nie są tutaj organizowane z taką powagą, jak w Polsce. Ludzie raczej skłaniają się ku dobrej zabawie i cieszeniu się danym spektaklem bądź procesją, niż utrzymywaniu przesadnej powagi. To też, jak dla mnie duży plus. Minusem jest tylko fakt, że będąc kiepskim fotografem ciężko zrobić zdjęciu zwierzęciu w ruchu, zwłaszcza gdy kapie na głowę. Ale chyba rozpoznacie koniki.










U nas przynajmniej śnieg nie pada  😎😋

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz