expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Nie trać czasu




Jesteś zabiegana? Z pracy do sklepu, do domu zrobić obiad, w międzyczasie po dzieci, a jeszcze posprzątać trzeba? Milion rzeczy poodkładanych "Na później" w sumie połowy z nich nigdy nie zrobisz? Czyli norma, nie jesteś wyjątkowa. Ośmielę się stwierdzić, że w tym aspekcie jesteśmy w większości przypadków takie same. 
Naoglądałam się i naczytałam sporo o takich pięciominutowych sprzątaniach po łebkach, przed przyjściem gości. Jak to zmień ręczniki, popraw poduszki, zapakuj naczynia do zmywarki itp działa cuda. No działa. Jeśli chodzi o niespodziewane wizyty, rzeczywiście działa. W końcu głupio tak czasami, zwłaszcza gdy goście to nie najlepsza psiapsiółka której można pokazać naszą gorszą stronę.
Ale do rzeczy. Jakiś czas temu złapałam się w pułapkę. Dokładnie rzecz biorąc, gdy na świecie pojawił się Młody sprawy przybrały zły obrót. O ile wszystkie ubranka były wyprasowane, całe otoczenie miniczłowieka czyściutkie aż strach było usiąść, wanienki, pościele, kocyki, maty itp itd. O tyle w całej reszcie mieszkania zapanował powolutku chaos. Nadchodził stopniowo wraz z nadejściem bezsennych nocy i niedojedzonych posiłków. Pojawił się w mojej szafie, w kosmetykach, w niedoprasowanych koszulach ślubnego znajomego, w szafkach kuchennych, w dokumentach. Wkradał się w każdy kąt, by skutecznie zadomowić się w naszym życiu. Dosłownie. Z nadejściem chaosu w obejściu nadszedł chaos w naszych zachowaniach, co jest dość logiczne, choć czasami ciężko dojrzeć związek.
Codziennie czy to rano, czy wieczorem ogarniałam. Na przykład łazienka. Że to pięć minut, że w sumie szybciutko. Tym sposobem pięć minut tutaj, pięć minut tam i na takim ogarnianiu schodziło mi w sumie około godzinę, a nie oszukujmy się efektu pobieżnego ogarniania na długo nie mamy co oczekiwać. 
Po prasowaniu ton śpiochów, powłoczek i pajacy jakoś średnio miałam chęć na prasowanie swojej garderoby. W końcu i tak nic na mnie nie leżało, jak powinno. Koszule J. po macoszemu, raz przez rękaw, trochę środkiem, katastrofa. I tak ze wszystkim. Po łebkach.
Otwarty makaron, czy ryż w szafce? No spoko, przecież nie mam czasu na szukanie teraz jakiegoś słoika. Przyszły mrówki, znalazłam czas ale to inna historia. Trzeba byłoby napisać post o katastroficznym wpływie noworodków na życie całkiem ogarniętych ludzi. A może i całą książkę, albo pięć. Śmiechu by było z tego z pewnością sporo. Ale skupmy się na jednym.

Pomyślałam , by o tym napisać, gdy zaczęłam wiosenne porządki, które u mnie zaczęły się, jak u Was jeszcze na ulicach leżał śnieg, wiosna w Hiszpanii pojawia się nieco wcześniej. Teraz, gdy wy jesteście właśnie w trakcie wiosennych porządków, mało tego tych przedświątecznych też, ja już te wiosenne mam za sobą. Przypomniał mi się ten przełomowy moment, gdy w końcu wpadłam na to

dlaczego wiecznie sprzątam i wiecznie jest syf 

Nie nie chodzi o to, by natychmiast wywalić z domu męża, choć z pewnością w wielu przypadkach byłoby to bardzo skuteczne posunięcie.
Otóż stwierdziłam, że nie ma sensu ogarniać. Jeśli coś jest brudne, bądź nie spełnia moich oczekiwań, wolę poświęcić kwadrans, może nawet pół godziny zamiast pięciu minut i zrobić poważne jeżdżenie na szmacie z odsuwaniem mebli i przecieraniem żyrandoli, z myciem fug i okien w danym pomieszczeniu, niż ogarnąć. Serio. Strata czasu? Wręcz przeciwnie. Takie pomieszczenie po pierwsze daje satysfakcję z dobrze wykonanej pracy, po drugie na dłużej pozostaje czyste, po trzecie wiem, że jutro nie będę musiała poświęcić tych pięciu minut na ogarnianie. Reasumując zamiast tracić czas na codzienne pięciominutówki ( biorąc pod uwagę ilość pomieszczeń u mnie w domu jest to co najmniej 50 minut) sprzątam raz a porządnie. Takie pięć minut codziennie po tygodniu daje ponad pół godziny, czyli żadna oszczędność czasu. Wręcz przeciwnie. Na dodatek takie średnio na jeża ogarnięte pomieszczenie już po czasami kwadransie i wizycie dwóch domowników sprawia wrażenie brudnego. Tak już jest. Natomiast jeśli jest czyste, tak naprawdę czyste, to i domownicy jakoś bardziej ten porządek szanują.

Wiadomo, mamy dzieci, mamy mężów. W większości wypadków są to osobniki średnio zorientowane w temacie sprzątania, czy utrzymania czystości. Tutaj też ważna jest konsekwencja, przynajmniej względem dorosłych lub lekko podrośniętych (ciężko wymagać od trzylatka zmywania śladów pasty do zębów z umywalki). Konsekwencja w wymaganiu współpracy, ale o tym w kolejnym wpisie. 

Jeśli masz podobnie spróbuj mojej metody. Nie ogarniaj. Serio. Raz a dobrze, w połączeniu z konsekwencją (odkładaniem rzeczy na swoje miejsce, czy zmywaniem właśnie tych nieszczęsnych śladów po paście do zębów, czy piance do golenia na bieżąco) u mnie załatwia sprawę. Mam czas na poczytanie książki, mam czas na kawę. Nie, nie mieszkam w sterylnych warunkach, wręcz przeciwnie. Nauczyłam się jednak szanować swój czas i swoją pracę. A przede wszystkim nauczyłam się, że jeśli coś ma być zrobione, to niech będzie zrobione dobrze. 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz