expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

wtorek, 25 kwietnia 2017

Genialne w swojej prostocie, w zasięgu ręki. Jak przestać być niewolnikiem własnego życia.




Od jakiegoś czasu szanuję swoją pracę, swój wysiłek, swój czas. 
W moim przypadku cała sprawa ma podwójne dno i może kiedyś zdecyduję się o tym napisać, ale jeszcze nie dojrzałam do tego i może nie dojrzeję. Zmęczenie materiału  prowadzi do wielu nieprzyjemnych konsekwencji. Przekonałam się o tym niestety na własnej skórze. Bez jednak głębszych refleksji, zwyczajnie po prostu krótko opowiem ci o tym, dlaczego nie ma sensu się zajeżdżać. O tym, że można naprawdę normalnie żyć i nie być niewolnikiem własnego życia. Bo przecież można rzucić pracę, męża, wyjechać do Tybetu i zacząć od nowa. No pewnie. Ale można też zrozumieć, że większość naszych niedorzecznych wręcz niewolniczych zachowań i powodów do narzekania to nic innego, jak konsekwencja naszego postępowania.

Wieczne marnowanie dnia na sprzątanie, ogarnianie odeszło w zapomnienie. Jest to może nie tyle system, co stan umysłu. Przyjęłam pewne zachowania za normalne i tyle. Poniedziałek jest dniem z książką. Po ostatniej wizycie w kraju mam sporo takich poniedzałków w planach, zaopatrzyłam się w dużą ilość materiału. Czwartkowe popołudnie jest dniem uciekającej matki. Uciekającej na kawę z koleżanką, na kolację z dziewczynami, do kina, na zakupy w samotności  bądź po prostu na samotny spacer. Wieczne ogarnianie i wojowanie z mopem, bycie na posterunku 24 na dobę też już olałam. Pierwszym krokiem było zrozumienie, że fuszerka i bycie niewolnikiem  własnego życia do niczego nie prowadzi. Fuszerka i owszem może się sprawdzić w sytuacjach wyjątkowych, jak niezapowiedziane wizyty, ale nie na co dzień. Pisałam o tym tutaj.
Dziś zatem o drugim równie ważnym, jeśli nie ważniejszym kroku do osiągnięcia wewnętrznego spokoju. Współpraca. Współpraca domowników. Nie jesteś niewolnicą swoich dzieci, ani męża. Ja też nie. Dlatego też pomoc w domowych obowiązkach nie jest z ich strony żadnym łaskawym ludzkim odruchem. Jest ich obowiązkiem. Po prostu. Diabeł tkwi w szczegółach i wypracowaniu nici porozumienia. To znaczy sposobu skutecznej komunikacji.
Tutaj musisz ruszyć głową, uruchomić wyobraźnię. Przecież znasz swojego faceta, wiesz jakie argumenty i sposób ich przekazania do niego trafia. Znasz swoje dzieci, wiesz jak z nimi rozmawiać. Pomyśl więc i do dzieła.

Jeśli wstawię pranie wychodząc do pracy i zostawię  karteczkę, by ktoś je rozwiesił, to nikt tego nie zrobi, wiadomo, nie widzieli karteczki. Jakie to normalne. Jednak wstawiam pranie wychodząc do pracy i po prostu dzwonię do męża mówiąc, że pralka właśnie skończyła i trzeba wywiesić pranie. I koniec. Jak wrócę z pracy powinno być suche. Zazwyczaj jest tak, że gdy wchodzę w drzwi właśnie kończy wieszać, albo już skończył, ale nie ma mowy, by było suche. Ale powiesił. Nie od początku oczywiście był skłonny do współpracy. Wiadomo, małżonek to specyficzny gatunek. Zdarzyło się kilka potyczek o niewykonane zadania. Tutaj nazywam je zadaniami, ale w rozmowie z nim to są oczywiście prośby o pomoc i szanowanie mojej pracy. Działa. Nie, nie jest to manipulacja. Po prostu dzwoniąc grzecznie i miło proszę o pomoc. W sumie to nie powinnam, bo to jego obowiązek, ale nic mi nie ubędzie,  gdy poproszę, a bycie sierżantem we własnym domu jest męczące i do niczego nie prowadzi (tak, wcześniej próbowałam też tej metody, zawiodła)
Podobnie jest z np obiadem. Telefon z zapowiedzią "Kochanie obierz ziemniaki, za godzinkę będę, mam już przygotowane mięso, zjemy  razem" Zazwyczaj działa lepiej niż zostawiona na blacie kartka "Obierz ziemniaki na 13:00" . Przecież on zapomni, nie zobaczy kartki, nie będzie miał czasu itp. 
"Nie zapomnij o wannie i umywalce i rozwieś dobrze ręcznik" Tak brzmi trochę, jak rozmowa z pięciolatkiem, ale w takich dla nas oczywistych a dla nich totalnie abstrakcyjnych zachowaniach trzeba wyrażać się prosto, jasno i zrozumiale. I nie tydzień  wcześniej, tylko właśnie kiedy idą się kąpać. Po prostu. Nie ma w tym drugiego dna. Nie ma też konieczności, żebym, po kąpieli tatusia i synusia musiała pędem zapierniczać do łazienki ratować armagedon. Jeśli jednak nie powiem,  to będzie oczywiste, że nie zrobi. W końcu oni tak mają, nie umieją się domyślać o co nam babom chodzi. Więc zamiast  wiecznie narzekać, trzeba to zaakceptować i przypomnieć co mają zrobić.
Sposób na pozbycie się mężowych ciuchów (Kiedyś takie skarpetkowe kwiatki były w moim domu stałym gościem) Niespodziewanie moje dziecię przyszło mi z pomocą. Po co tłumaczyć staremu, że musi dawać dobry przykład dziecku wrzucając brudy na swoje miejsce, skoro można zrobić na odwrót? Gdy tylko młody osiągnął odpowiedni wiek (jakieś dwa lata miał, może mniej) nauczyłam go bardzo szybko, że zdejmowane ciuchy idą prosto do kosza na brudy, nie w inne miejsce. Jako, że dziecię nie miało złych nawyków przyjęło to za coś normalnego i teraz to on nie ja, goni tatusia, gdy zdarzy mu się jakiegoś kwiatka pod łóżkiem zostawić. W każdym szaleństwie jest metoda. Byleby była skuteczna.
Każda z nas ma możliwość wyegzekwowania współpracy w domowych zadaniach bez właściwie wielkiego wysiłku. Jedyne co potrzeba to odrobina cierpliwości i wypracowanie nawyków.
W poniedziałki czytam, piszę, robię sobie swoje rzeczy. Nie robię obiadu. Jeśli ślubny nie zrobi, to po prostu obiadu nie będzie. Zwyczajnie. I nie ma co się pluć. Już zrozumiał. W poniedziałki pracuję dłużej i w południe wpadam do domu tylko na dwie godziny, więc albo mam gotowy obiad, albo coś przegryzę. Na pewno nie stanę przy garach. Zrobię sobie kanapkę i zjem czytając książkę. Na początku nie było to takie oczywiste. Zdarzyło się, że  ślubny zastał mnie z kanapką w ręku, książką i kawą. Podczas gdy w zlewie szalały miliony talerzy a na obiad  nie było nic. "Co robisz?" "Czytam" . W końcu załapał. Przecież też mam prawo. 
Nie masz czasu na kąpiel w samotności? Dlaczego? Od jakiegoś czasu gdy mam chęć na godzinkę w wannie z peelingiem, depilatorem, książką, czy inną babską maseczką po prostu mówię. "Zajmij się młodym, ja idę się wykąpać, jestem zmęczona" Kropka. Nie ma  zmiłuj. Podoba się, czy nie. Nie muszę być wiecznie na posterunku. Nie muszę być wiecznie w dobrym humorze i pełni sił. Ty też nie. To naprawdę jest prostsze niż by się wydawało. I wcale nie wymaga bałwochwalczych podziękowań ani nie wiadomo jakich innych zachowań. Jest naturalne. Dopóki jednak tego nie zrozumiesz wiecznie będziesz niewolnicą ściery, płynu do naczyń i własnych dzieci.
Ile razy małżonek powiedział ci, że nie zrobił czegoś o co prosiłaś, bo nie zdążył? Bo nie miał czasu? Ty też masz prawo nie zdążyć, nie mieć czasu. Ot tak. Wierz mi, to nie jakiś potwór, tylko mąż. Zrozumie. Może nie pierwszego dnia, ale w końcu nie ohajtałaś się z tępym workiem kartofli. Czasami po prostu on woli usiąść na kanapie i nie widząc żadnych oznak sprzeciwu z twojej strony pozwala, byś odwaliła całą domową robotę. W końcu skoro nie protestujesz to znaczy, że nie ma w tym nic złego. Nie, nie chodzi mi o protest w formie awantury. Czasami zwyczajne, grzeczne i stanowcze stwierdzenie jest dużo efektywniejsze. Tak normalne, jak to że on właśnie wychodzi może się stać to, że ty wychodzisz. Trzeba się tylko nauczyć przestać być niewolnikiem własnego życia i własnych niewolniczych przyzwyczajeń. 
Oczywiście nic na siłę. Znam sporo osób, które stwierdzą, że "Jak mam tysiąc razy powtarzać, to wolę sama zrobić" I rozumiem. Rób. Twój wybór A ja w tym czasie wypiję kawę i poczytam, albo wyskoczę na shopping. Powodzenia!
Więc jak? Którą wersję siebie wolisz?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz