expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

środa, 1 lutego 2017

Zła matka

Moje dziecko nigdy nie miało dwudziestusiedmiu miesięcy, ani szesnastu miesięcy, ani roku i miesiąca. No nie miało. Miało rok, prawie rok, dwa lata albo dwa i pół. Nie chodzi o to, że nie wiem ile to moje dziecię ma. Teraz ma prawie cztery. Wróc. Trzy i pół. No właśnie, czy to takie istotne?
Fakt, nie jest to jedyną rzeczą o jakiej myślę i czasami ciężko było mi z biegu pamiętać, czy Miniczłowiek miał 27 miesięcy czy już 28. Dopiero był dramat, jak przy pewnej pani zaczęłam liczyć. Chyba nigdy nie zapomnę jej miny. 
Z drugiej jednak strony od narodzin Młodego stałam się mamą na setkę, kupki, zupki, mleczka, papki i 24/7 z dzieciem pod pachą. Szczęśliwa byłam i nadal jestem. Już nie tak na setkę, bo jednak fajnie się siedziało w domu i cieszyło tym dzieciem. To dziadostwo z pracowaniem to jakich chory wymysł. Ale mus to mus, jeść coś trzeba.

Nie wiem, czy moi bezdzietni znajomi widzą mnie jako jedną z tych mamusiek, co to już o niczym, tylko o dziecku. Jeśli tak jest, nie dali mi tego odczuć. Przez długi czas to właśnie życie 24/7 z nim powodowało, że zwyczajnie był głównym, jeśli nie jedynym motorem wszystkiego co się działo. Ciężko, bym wówczas rozprawiała o operze, której od dziesięciu lat nie widziałam.

Przy okazji wycieczek do Polski na różnych spotkaniach czasami zderzam się z jakimś kimś, kto zatrzymał się gdzieś na etapie tańców na stole i jest mocno zdziwiony, że ja już nie. A wcale nie, że nie, bo jak się chce to i tak, ale niekoniecznie z obecnie już wcale nie tak najbardziejnajlepciejszym kumplem z którym od dekady kontaktu nie ma. No tacy czasami podśmiewają się ze mnie, choć młody obecnie jest całkiem spory chłop i o pieluchach zapomniał dawno więc i ja o nich nie muszę pamiętać ani wspominać. Jednak samo posiadanie plecaka często jest usprawiedliwieniem pewnych zachowań tudzież komentarzy w pewnych kręgach. Nie zmienia to czasami faktu, że poza byciem bucem familijnym, co może być spowodowane wieloma czynnikami (problemami we własnej sferze posiadania lub nieposiadania plecaka na przykład) człowiek taki jest mi bliski z racji innych swych atutów (może się z nim bardzo dobrze wódkę pić, albo dobre książki czyta i coś fajnego zawsze poleci). Tak, wydało się,  zdarza mi się wódki wypić. Choć wolę dobrego łyska. Mniejsza o to.  
Znajomi, którzy są w moim życiu od dłuższego już czasu, z którymi wiąże mnie większa zażyłość, a którzy nie posiadają dzieci, często nawet nie posiadają partnerów nie są przeze mnie nigdy spychani na boczny tor z racji nieposiadania tego czy owego, ani ja przez nich z racji posiadania. Oni mają inne rzeczy, o których ja moge sobie pomarzyć. Co do dzieci to nie mam obiekcji, ale powszechnie wiadomo, że ten cały małżeński galimatias to mocno przereklamowana impreza. Także na zdrowy rozsądek nie mam za co ich dyskryminować, czasami wręcz mogłabym pozazdrościć. Ale wtedy oczywiście myślę o swoim plecaku i kilku jednak całkiem fajnych momentach, których sama bez obecności ślubnego znajomego nie mogłabym przeżyć, bądź rzeczy, których bez faktoru pojawienia się w moim życiu tego osobnika nie osiągnęłabym, lub nie spróbowała i jakoś bilans wychodzi mi na zero. No wiadomo, wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma, więc i ja w chwilach słabości (wściekłości, lub innych ości) zazdraszczam i nawet potrafię w tej ości perfidnie rzucić tym argumentem ślubnemu w nos. Ale nie o złej żonie miało być, tylko o złej matce. Także shhh. 

Tego ile obecnie waży moje dziecię też nie wiem. Każda wycieczka po schodach z "chłopa na opa" uświadamia mi,  że sporo. Dokładną wagę sprawdzam przy okazji chorób, z racji konieczności podania odpowiedniej dawki leku. Nie z racji wyjścia na spacer i możliwości spotkania jakiejś dobrej matki. Także kolejny czynnik powodujący lecące w moim kierunku wymowne spojrzenia. Cóż. Nie jest łatwo byc złą matką.

Kiedy młodemu wyszły zęby, jakie i w jakiej kolejności nie pamiętam. Pamiętam za to, jaką miał minę, gdy pierwszy raz pies oblizał mu facjatę. To było tak w okolicy tych pierwszych zębów właśnie. Albo kiedy papuga jadła mu z ręki, albo kiedy pierwszy raz zjechał w parku wodnym ze zjeżdżalni. To dla mnie lepsze wspomnienia. Jednak czasami na takich spotkaniach (swoją droga jest ich bardzo mało - czyżby mnie unikały?) siedzę sobie grzecznie, jak na tureckim kazaniu w nadziei, że moje milczenie przejdzie jakoś niezauważone. Bo jak można nie pamiętać mając tylko jedno, skoro inni mogą przy trzech mieć wszystko obcykane. Ja mam gdzies zapisane.  

A ile on mierzy? No tak z metr będzie. Z reguły przechodzi. Czasami jednak znowu czuję, jak mnie mrozi królowa śniegu. Czy to ważne? Przecież ubrania ma dobre, nie ciągną się, ani nie wpijają w brzuch, więc wtf? #ZłąMatkąJesteśElżbieto! krzyczy jednak spojrzenie rozmówczyni. A potem, że ja jakaś dziwna jestem, że integrowac się nie chcę. Szlag.

Kiedyś omal nie zostałam ofiarą bazyliszka, w jakiego niepostrzeżenie zmieniła się moja rozmówczyni na wieść, że nie wiem co to jest zimna kawa. No jak to?  Matka i nie wie?  Co za matka!  Otóż matka sprytna, która wraz z wyprawką zakupiła termiczny kubek, ale o tym już nie odważyłam się wspomnieć. 
Mam wrażenie, że większość was tutaj to mamy. Nie piszę tego tak po prostu bo bla bla bla, jestem ciekawa, jak to jest u was? Jestem odosobnionym przypadkiem? Dajcie znać koniecznie! Pocieszcie bądź dobijcie. Byle szczerze. 
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz