expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

sobota, 11 lutego 2017

Wentylkowe szaleństwo

 

 

Agnieszka 22 lata, Studentka Poznań

 

- Pamiętam, że było ciemno, wyszliśmy z kina i trzymając się za rączki maszerowaliśmy grzecznie w kierunku mojego osiedla. Nie rozmawialiśmy. Film był beznadziejny, nie pamiętam nawet tytułu. Zresztą z całego wieczoru jedyne co tak naprawdę pamiętam doskonale to tą drogę powrotną, jego rękę ściskającą moją i jakiś dziwny strach. Właściwie nie mieliśmy o czym rozmawiać. On miał 21 lat, ja 17. Dwa światy nie mające ze sobą nic wspólnego. Poznaliśmy się w kawiarni na rynku. Taki standart. Spotkalilśmy kilka razy. Wydawał mi się taki dorosły. Studiował medycynę. Później pamiętam tylko jego oddech i swój krzyk. Nie jestem święta, ale jakoś obmacywanie pod klatką w połowie lutego nie wydało mi się ani romantyczne, ani przyjemne. Na szczęście mój niewydarzony romeo nie wiedział, że grzeczna okularnica na codzień trzymająca nos w książce, ma na podorędziu brata blokersa. Nie spodziewał się też, że brat ów łazi za nimi przez cały wieczór pilnując siostrzyczki. Tego wówczas ja też nie wiedziałam. Jak teraz o tym pomyślę, to nie mogę się powstrzymać od śmiechu na wspomnienie romeo i stukotu jego lakierków, gdy leciał na tych swoich chudych nóżkach zakutanych w rurkowate gacie i jego powiewającego na wietrze płaszcza. Zostawił mnie tam, jak brat palnął go po berecie. Nie mógł wiedzieć, że to mój brat z kolegami ale zwyczajnie zawinął się na pięcie i zwiał. Taki mój rycerz na białym kuniu. To by było na tyle w temacie świętowania. Jakoś po tym wieczorze pozostał mi niesmak.

Wojtek 36 lat, Perkusista, Kraków

 

- Ale że co kur#a?
- No jak kur#a, że co, doskonale wiesz, nie pieprz jak potłuczony tylko opowiedz mi swoją historię. Nie daj się prosić no, nie bądź świnia...
- No wiesz, właściwie to ja mie mam historii. Jak sama widzisz Alvaro ze mnie żaden, matka natura dała mocną głowę i talent do tłuczenia talerzy. Teksty też piszę dobre, ale gładkiej facjaty zapomniała. Nie pamiętam, serio. Po prostu zazwyczaj chyba olewałem temat wiedząc, że to i tak nie ma sensu. Kiedyś, za gówniarza podrzuciłem pewnej koleżance liścik do plecaka. Anonimowy oczywiście, kiedyś tak się właśnie robiło. Wyśmiała go pokazując całej klasie. Na szczęście byłem sprytny, nigdy nie domyśliła się skąd pochodził. Ja z kolei nigdy już przed nikim nie wygłupiłem się w podobny sposób. 
- przykro mi, ale nie mów, że później nic a nic?
- No właśnie nie bardzo. Później zacząłem grać, jak wiesz klimat nie sprzyjał różyczkom i wypadom na latte pod rączkę. Ja nie lubię latte i od czasu podstawówkowego kosza postanowiłem nic więcej nie udawać. Nie ma historii, jakoś się uchowałem. Zresztą długie lata jakos tak wypadało, że akurat tego dnia kończyłem z kumplami z barze na jakimś piwie. Panny mnie nie chciały, albo ja ich. A Anka? Wyobrażasz sobie Ankę z jej rękawami i podziurawioną twarzą robią maślane oczka znad latte, bo akurat jest 14 luty?

Oboje wybuchamy śmiechem. Fakt, Anka to jest bardzo szczególny przypadek. Ale o tym za chwilę.

Anka 38 lat, tatuażystka, Kraków

 

- O matko, serio? Ja nie chcę być hejterem, nie zadawaj mi takich pytań
- To co, że niby nienawidzisz i te sprawy?
- Nie, wiesz tak naprawdę to nie. Od kilku lat naprawdę lubię. Ale nie obchodzę. Raczej na spokojnie. tv, jakiś lovestory i butelka wina. Tak jest idealnie. Nikt nic nie udaje. Wojtek przynosi mi kwiaty raczej w zupełnie innych okolicznościach. Z okazji pierwszego dnia bez deszczu w tym miesiącu, albo bo śniadanie było pyszne. Taki już jest i to są moje walentynki. A te lutowe, no są, jakoś niby nie obchodzimy, ale od kiedy jest on, . Niby nie pamięta, ale też nie zapomina. Tego dnia nie ma prób, ja też kończę wcześniej dzierganie. Zostajemy w domu. Taka jakaś nie pisana umowa. Idealna. Może w tym roku wymaluję sobie serce przebite strzałą i WOJTEK w środku? - śmieje się
- Nie,  to się robi na ramieniu a ty już nie masz miejsca.

Maria Rosa 87 lat, Dzika dzicz w okolicach mojej wiochy

 

- Jak byliśmy młodzi wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy do Bułgarii. To było sześćdziesiątcztery lata temu. Wtedy nikt nie robił takich rzeczy, teraz wsiadasz w samolot i w moment jesteś gdzie chcesz. Wtedy jednak szczytem szaleństwa była wycieczka do Madrytu albo do Malagi. To było tuż przed przeprowadzką na tą głuszę. Wyjeżdżaliśmy właśnie 14 lutego, dlatego pamiętam. Przyniósł mi piękne czekoladki i róże, które tak pachniały, że trzeba było okna w aucie otworzyć.
Mój mąż zawsze dbał o wszelkie święta. Może to kwestia profesji, zawsze przygotowywał fikuśne ciasteczka w różnych kolorach. W cukierni to był dobry okres. O mnie też pamiętał zawsze. Chociaż zanim go poznałam nie wiedziałam czym są walentynki. To rzymianie je wymyślili, my hiszpanie znacznie później zaczęliśy je obchodzić, pewnie w dużej mierze ze względów komercyjnych. (...) Ach co za wspomnienia, wyniosłam z życia jedną mądrość. Każdy pretekst jest dobry by świętować bycie z druga osobą. 

Maria Rosa jeszcze długo opowiada mi o swoim mężu, o ich przyjeździe go dziczy w której mieszka do dziś, od lat już sama. Nigdy nie wróciła do Barcelony, mówi że tutaj przeżyła najpiękniejsze lata swojego życia. Mówi, że czasami tęskni, że musiała się wszystkiego od nowa uczyć, przyzwyczajona do luksusów i dużego miasta. Choć, gdy zaczęli sie budować nie mieli prądu ani ciepłej wody. Szybko owdowiała, jednak do dziś mieszka w domu zbudowanym przez męża, ściany uginają się pod ciężarem wspólnych fotografii, półki pełne są wspólnych pamiątek. Zaskoczyła mnie jej wiedza o San Valentin. 


Grzesiek 45 lat, marynarz, Warszawa


- Kiedyś uważałem, że to idiotyczny wynalazek. Dopiero teraz, zwłaszcza gdy zdarzy mi się być w jakimś odległym porcie albo na wodzie, myślę że fajnie byłoby być w domu z Kaśką. Ale to chyba jest normalna tęsknota, komercyjne podejście całego świata do walentynek po prostu je wzmaga. Jeśli jestem w domu staram się rekompensować jakoś swoją nieobecność. Wiesz, ja mam naprawdę fajną żonę i dwójkę świetnych dzieciaków. Nie boli mnie wcale kupno prezentu i kwiatów ani zaproszenie jej na kolację w walentynki. Niech sobie gadają, że to amerykańskie święto. Jeśli jestem i mogę, to świętujemy. A dzieciaki tez się cieszą i uczą się szacunku dla partnera. Nie zapominam też zresztą ani o dniu kobiet, ani o jej urodzinach. Rozłąka uczy. Podejście na zasadzie, że to są głupie komercyjne wynalazki jakoś mnie nie przekonuje. W końcu o dniu matki, babci, czy dziadka nigdy nikt nie powiedział, że to komercha.

Aleksandra 29 lat, politolog, Szczecin


- Dwa lata temu Karol przytargał do domu wielki bukiet róż. Od razu pomyślałam, że coś wywinął. Asia miała wtedy trzy miesiące. Nieprzespane noce, pranie i sprzątanie między karmieniami a przewijaniem, jakoś nie pamietałam, że to walentynki. Opieprzyłam go po całości. Zamiast romantycznego wieczoru mieliśmy dwa tygodnie burmuszenia się na siebie. On, bo chciał dobrze, a ja się czepiłam. Ja, bo byłam zmęczona i bardziej myślałam o powiązaniu końca z końcem i nie zwariowaniu po drodze, nie o ogromnym wiechciu, który zagracał pół stołu. Powiedziałam mu wtedy, że lepszy prezent by mi zrobił, gdyby umył naczynia, albo odkurzył. To był pierwszy i ostatni raz, gdy świętowaliśmy walentynki. Także ten, sama widzisz, jak się ktoś do czegoś nie nadaje, to lepiej go nie zmuszać. On też zreszta zrobił to na siłę. Bo ktoś w pracy mu podpowiedział.

Jarek 27 lat, kelnerKoszalin/Barcelona

 

- Kiedyś kupiłem dziewczynie wejściówki na Jacksona. Ona kupiła mi kubek. Trochę byłem zawiedziony. Teraz świętuję na miarę związku. Czyli ostatnio wcale. Nie ma co się wysilać, bo wszędzie wiszą serduszka. To chyba bardzo indywidualna sprawa, a właściwie to mój umysł średnio ogarnia te wszystkie święta. Zazwyczaj zapominam. 



Siedem historii ludzi z różnych  warstw społecznych i epok. Każda z nich ma w sobie część mojego podejścia do wentylkowego szaleństwa. Dziwnym trafem mimo ogólnie panującego hejtu wśród moich przesłuchanych znajomych raczej większość jest na tak. Bez sadyzmu, ale jednak bardziej na tak, niż na nie.
Kupiłam małżowi koszulę. Ładną taką różowiutką. Może zabierzemy się gdzieś na obiad. Chociaż on pewnie zapomni, jak zwykle. U nas na wiosce nie ma wystaw z serduszkami, co by mu przypomniały. Na szczęście o urodzinach nie zapomina.
A ty? Świętujesz wentylki, czy może dzień pizzy albo tłusty czwartek?
Ja świętuje wszystkie :D Co będę sobie żałować. A najbardziej lubię wyprzedaże. Te to dopiero świętuję!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz