expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

czwartek, 26 stycznia 2017

Zabawki, których nie znoszę.


Ostatnio o 22 wieczorem do domu dumnie wkroczył syn w jednej ręce ściskając wyjący radiowóz, w drugiej grający niewiemconacałąparę autobus.
Za nim ze spuszczoną głową powoli wkroczył ślubny, jego spojrzenie mówiło "nic nie mów" No powiedziałam, jakże mogłabym sobie odpuścić.
Ale na to jest lekarstwo. Moje niespełna czteroletnie dziecię czai świetnie, że radiowozu po pewnej godzinie włączać nie można, bo dzieci sąsiadów śpią, albo że trzeba wyłączyć, bo mamę głowa boli. Może mam jakieś dziwne dziecko. Nie wiem. Rozumie, co do niego mówię, po prostu.
Z autobusem było inaczej. Ślubny autobus rozmontował pewnej nocy, podczas gdy właściciel spał i zwyczajnie przeciął kabelki od głośnika. Teraz autobus świeci, ale nie gra. Młody został okłamany. Tak, okłamaliśmy dziecko mówiąc mu, że najwyraźniej coś się zepsuło i teraz tylko świeci a nie wyje. Wzruszył ramionami i bawi się świecącym, niewyjącym autobusem. Nie chciałam zabraniać włączać kolejnej zabawki. Poza tym muzyka z autobusu była naprawdę mocna. Znaczy się mocno disco, a ja nie lubię disco. 
Plastelina. Uwielbiam moje dziecię z ciastoliną. Stolik stoi z dala od dywanów (latem w ogóle zwijam dywany i chowam, więc po problemie) i jasno powiedziane jest, że lego się nie obkleja, a samochodom szkodzi plastelina. Działa. Godzina, albo i dwie spokoju, dziecko szczęśliwe, a potem tylko trzeba pozamiatać. Kocham wszystkich gości przynoszących ciastolinę. Plastelinę też. Biorę poprawkę, że będzie nieco więcej syfu, ale przecież nie jest to aż takie straszne. Serio. Staram się wówczas pamiętać, że "za moich czasów" nie było ciastoliny, a plastelinę jako dziecko uwielbiałam. Punkt widzenia, zależy od punktu siedzenia po raz kolejny. Jaką radochę ma to moje dziecię z tego syfu. Sama mam niezłą zabawę lepiąc traktory. 
Dwudziesty zestaw lego duplo. I co? Im więcej, tym lepiej. Wyższe wieże, tunele i w ogóle większy bajzel i większe szczęście.
Znowu samochodzik od chińczyka? Wcale nie mam z tym problemu. Młody też nie, bawi się tak samo, jak markowym, a czasami i lepiej. Zepsuje się w moment? No to sie zepsuje. Ulubione auto młodego kosztowało euraka na stacji benzynowej i ma tylko dwa koła obecnie. On naprawdę nie ma z tym problemu, więc dlaczego ja mam mieć?
Wiem, że to kolejny wpis na temat narzekactwa wszędobylskiego, ale ostatnio mam taki niefart w sieci i co chwilę trafiam na takie narzekające komentarze. 
Tak się właśnie zastanawiam i muszę stwierdzić, że w ponad trzyletniej karierze dziedzica nie pojawiła się w domu żadna zabawka, której nie dałoby się znieść. 
Bo w sumie moje dziecko nie czepia się do kolejnej pary butów, nie mówi żebym wywaliła tą czy inną bluzkę, bo wieje tandetą. Albo, że mam za dużo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz