expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

sobota, 7 stycznia 2017

Śnieg po hiszpańsku

Mojemu dzieciu obiecałam śnieg. Plan był prosty.  Pojedziemy do Polski na święta, wymarzniemy sobie, wytarzamy się w śniegu do momentu osiągnięcia braku czucia w czułkach, ulepimy bałwana albo sto, pojeździmy na sankach. Wiecie, bajki, dobre wróżki i inne takie. Plan padł. Po pierwsze ślubny znajomy padł na pysk. Ze schodów. Połamał kolano spryciarz. Skutkiem czego padł wyjazd. Po drugie śniegu w moim mieście na święta chyba nie było, więc i tak by nie wyszło. Święta minęły. Miniczłowiek zapomniał. Przynajmniej tak mi się zdawało. Naiwna. Przedwczoraj pojechaliśmy znaleźć trzech kroli, znaleźliśmy. Wczoraj dom wypełniły prezenty przez rzeczonych króli przyniesione (takie katalońskie tradycje, inne niż nasze). No i skończyły się święta, a z nimi skończyły się atrakcje, choinka poszła do wora, renifery też. Coś więc Miniczłowiekowi nie grało. Słusznie. Dziś rano jednak oświadczył, że on miał śnieg zobaczyć, bawłanka ulepić i traktor i nie ulepił. Skutkiem czego nie jest zadowolony. No tak. W końcu obiecałam.
Wpakowałam więc obu delikwentów w samochód i wyruszyliśmy na poszukiwanie śniegu. Z pozoru zadanie było dość proste. Ośnieżone szczyty gór widać już za zakrętem. Trzeba było tylko do nich dotrzeć. Tylko. Gogiel mówił, że za jakąś godzinkę będziemy. Wyjechaliśmy rano, cały dzień na cudowne lepienie  bawłanków, traktorów i czego tam jeszcze Miniczłowiek by zapragnął.
Jak to zazwyczaj bywa oczekiwania vs rzeczywistość w naszym wykonaniu ... 
Nieważne. Śniegu tam, gdzie miał być nie było. Ale miał być na stacji narciarskiej, bo tam musiał być. Pewniak. Niezrażeni więc ruszyliśmy krętymi drogami pod górę. Dotarliśmy na tak zwane ośle łączki. I co? I był śnieg!!! Piękny biały śnieg! 
Zamarznięty na kamień z wyjątkiem tego, który produkowały armatki w celu ratowania honoru stacji i biznesu rzecz jasna. Ten jednak za cholerę nie dał się zlepić w nic.
Prawie dziesięć lat na emigracji, nie ma co ukrywać przyzwyczaiły mnie dobrze. Było -1 na termometrze w aucie. Pewnie śmiejecie się z takich temperatur. Dla mnie jednak pizgało złem. Oczywiście jako szanujący się mieszkańcy Costa Brava nie posiadamy porządnych zimowych ciuchów, bo i po co. Narciarskich nie braliśmy, bo przecież miało być  lepienie bałwana, nie jeżdżenie na nartach, z którym ja radzę sobie słabo a ślubny zważywszy, że ledwo kuśtyka bez kul, razej uprawiać póki co nie powinien. Zresztą kto by się tam wysilał przy -1? Nie przesadzajmy. 
Nie przewidzieliśmy, że będzie wiało. Matko, jak tam wiało!!!
Młody nie rozumiał, dlaczego się wywraca i wstać nie może. Zła matka zrywała boki zamiast pomóc dziecku. Ślubny szczękał zębami, bo nie chciało mu się do samochodu po kurtkę iść. Z bawłanka wyszła górka. 
Także ten. Byliśmy, widzieliśmy, dupy nam zmarzły, wyżłopaliśmy hektolitry gorącej czekolady w barze, ulepiliśmy dwie bawłanko-górki i wróciliśmy do domu. 
Miniczłowiek zachwycony, więc misja spełniona.
W poniedziałek trzeba się zaopatrzyć  w jakieś termiczne wdzianka w dekathlonie i powtórzyć wycieczkę zabierając jednak narcarskie ciuchy. 











Brak komentarzy:

Prześlij komentarz