expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Podsumowanie dnia jednego.

Wszędzie podsumowania roku. O tym, że mój rok był średnio porywający, żeby nie powiedzieć do bani, powszechnie wiadomo. Wystarczająco narzekam na fp na codzień, by zanudzać takim podsumowaniem.
Natomiast, rzecz ciekawa podsumuję sobie dzień pierwszy 2017 roku. Od pierwszych minut. Sylwester w domowych pieleszach od pojawienia sie teściowej, która ma takie poczucie humoru, że urodziła się 31 grudnia, jest normą. Od pojawienia się na świecie Miniczłowieka norma została poparta kolejnym argumentem. Nie jest to jednak dla nas żadną niedogodnością, wybalowaliśmy się już chyba wystarczająco oboje. Jeśli kiedyś nas najdzie ochota, to pewnie jakoś sie uda. Po pierwsze w nowy rok wkroczylismy ze ślubnym z atakiem śmiechu i co też zasługuje na uwagę przegapiliśmy dwunastą. To chyba dobrze wróży. Młody nie dotrwał, jednak w tym roku zgodził się zaprowadzić/zanieść do łóżka, nie zasnął w salonie. Postęp. Pierwszy pozytywny punkt na konto 2017.
Ranek powitał nas o 9:00 lekkim szmerem w głowach. Lekkim, czasy ciężkiego kaca już dawno mamy za sobą. Jakoś nie tęsknimy. Także nie było źle.
Słoneczny dzień prosił się o spacer. Jednak umożliwiono mi poranne lenistwo w wannie, maseczki i inne cuda. Lubię to. Skutkiem czego spacer odbył się w całkiem niezłej kondycji wizualnej. Następny punkt na korzyść 2017.
Jedynym drobnym zgrzytem było moje niedopatrzenie. Obie baaterie w aparacie na zero, więc nie było szans dokumentacji tego fajnego dnia. Dzisiejszy post jest więc tylko i wyłącznie do poczytania.
Znacie pojęcie wyjścia poza swoją strefę komfortu? Generalnie nie lubię się z tej strefy wynurzać. Dobrze mi w niej. Popołudnie upłynęło jednak pod takim hasłem. Urządzanie spektakli, konkursów i rozrywek szkolnych nigdy nie było moją mocną stroną. Szkolne swego rodzaju bingo zwane tutaj "Quina" urządzane w tych dniach jest jednym z głównych źródeł dochodów komitetu rodzicielskiego. Także postanowiłam się poświęcić dla dobra ogółu. Quina przyniosła 900 euraków czystego zysku, więc warto było. Dzieciaki będą miały w części opłacone kolonie, a może jakieś fajne książki, czy inne materiały do szkoły. Przebiliśmy o trzy stówwki quinę z zeszłego roku, także jestem bardzo adowolona z wyłonienia się z mojej strefy komfortu na kilka godzin.
Od lat staram się zadbać, by pierwszego stycznia nie było potrzeby sprzątania chaty, prania itp. By pościel była świeżo zmieniona, wyprasowana a ręczniki nowe. Takie zboczenie. Podobno jaki nowy rok, taki cały rok.
Do dzisiejszych sukcesów, dzięki porannej sesji spa mogę dołożyć umyte i porządnie ułożone włosy, co udało mi się chyba pierwszy raz w życiu. Zazwyczaj był koczek i no make up. Dziś make up też był wzorowy. Lubię to. 2017 dobrze się zapowiadasz!
Kolejny bardzo ważny punkt na  korzyść 2017. Pogadałam sobie z synem, tak na serio. Tym razem było na temat lęku wysokości i posiadania rodzeństwa. Lubię bardzo te nasze rozmowy. Często brakuje mi niestety czasu na wprowadzenie Młodego w odpowiedni do nich nastrój. Dziś było inaczej. Cudnie.
Nie zabrakło też dziś małego projektu DIY. No jeśli dobrze zacząc rok, to jakżeby inaczej. Przekształcenie łazienkowej półki w stojak na kubki to co prawda nie wielki wyczyn, ale jestem zadowolona z efektu.  No i o to przecież chodzi.
To będzie dobry rok. Dobry dla mnie. Dobry dla Was. Zobaczycie. To mówię ja. Pesymista, niedowiarek. Chcę, żeby trwał. Mam na niego milion planów. Na dodatek mam chęć serio zreealizować je wszystkie, lub przynajmniej sporą ich część.

Tobie jak minął pierwszy dzień roku?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz