expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

wtorek, 3 stycznia 2017

Czy to już? Już można?

Uwielbiam dekorować dom na  święta. Mniej więcej z początkiem grudnia pojawiają się zimowe akcenty. Moje ukochane i wszędobylskie świeczki dostają świąteczne ubranka w postaci rożnych ośnieżonych słoiczków itp. Na ścianach zawisają kijki z pomalowanymi szyszkami, przeróżne bibeloty  opanowują okna i uchwyty w szafach. Dość szybko też pojawia się choinka. W tym roku pojawiły się nawet dwie. Jedna tradycyjna, druga spreparowana przeze mnie i Miniczłowieka. Nawet w łazienkach znajdzie się miejsce na jakiś zimowo/świąteczny akcent. 
Nie ma u nas śniegu a prawdziwą zimę oglądamy sobie w tv, ewentualnie podczas wycieczek do kraju, które ostatnimi czasy kiepsko nam w okresie zimowym wychodzą. Także przy braku  dekoracji świątecznych w ogóle by się ich nie czuło. Tak czuje się, jest przytulnie, świecą światełka, lampiony, świece w latarenkach, pachną pierniki i gałązki świerku.
Jestem jednak dziwadłem, wiadomo. Z dniem 7 stycznia na akord wręcz pozbywam się świątecznych dekoracji, choinka ląduje w kartonie razem z całym zimowym galimatiasem. Przygotowuję się na wiosnę. Tak trochę na zasadzie "Święta za nami, jestem gotowa na lato". Nie wiedzieć czemu nagle czuję się zmęczona reniferami, mikołajami i szyszkami. Won wszystko, wiosna idzie. Już od wczoraj spoglądam sobie nieśmiało na te moje dekoracje i myślę, jak fajnie będzie się ich pozbyć. I tak co roku.
W tym roku poszło nawet szybciej, szukając prezentu dla teściowej, oczywiście rzutem na taśmę dnia 31 grudnia po południu (jakżeby inaczej) czyli na jakieś dwie godziny przed kolacją, podczas której świętujemy jej urodziny wpadłam niechcący (bardzo niechcący, serio) do zary i potknęłam się  o początek wyprzedaży. Zakupiłam dwie turkusowe poszewki i wiosenny kocyk w słoneczną kratkę. Dobry początek do zmian deko na lżejsze. Czuję się już tym zimowym dizajnem przytłoczona. 
W planach mam natychmiastową eksmisję reniferowych poduszek, reno/konika na biegunach, tio, mikołaja, choinek, szyszek i całej tej zimowej ferajny. Są cudne, uwielbiam je, ale półtora miesiąca to wystarczająco długo, czas zmienić kllimat. Na drzewie za domem dojrzewają cytryny, a ogródku po raz pierwszy w tym roku dochowaliśmy się dwóch mandarynek, a migdałowiec za oknem niedługo zacznie kwitnąć. No trzeba renifery na urlop wysłać do kartonu. Nie ma siły.
Mam kilka skromnych projektów DIY w głowie, takich może nie do końca wiosennych, ale z pewnością nie zimowych. Czas najwyższy wziąć się za nie.
Stół też prosi się aż o nową aranżację, przecież nie mogę pozostac głucha na te prośby.
Nie wiem, czy jestem osamotniona w swoich odczuciach, czy też tak macie? Mam taką ochotę na powiew wiosny w domu. Jej lekkość i optymizm, choć na dworze temperatury jeszcze skutecznie studzą mój zapał. 
U nas  tuż po 6 stycznia zaczyna się sezon wyprzedaży, czyli  w moim wypadku sezon na leszcza, sezon polowań i zakupowych radości. 










 Jakie macie odczucia rozbierając choinkę? Nostalgia, czy  westchnienie ulgi?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz