expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Mikołaje i inne

Świat przypruszony białym pyłem, jak cukrem pudrem. Pachną pierniki i z każdego miejsca wyglądają przemiłe brzuchacze w czerwonych kubrakach.
Jedni wierzą, drudzy nie. Jednak każdemu w jakimś stopniu udziela się magiczny nastrój tego miesiąca. Tutaj też. Nie sypie nam co prawda na głowę. Temperatury póki co łaskawie spadają poniżej zera tylko nocą i to nie zawsze. W ciągu dnia, jeśli jest słonecznie mamy nawet 15-17 stopni. Śnieg widzimy i owszem. Z bezlpiecznej odległości. Na horyzoncie majestatycznie ośnieżone Pireneje umilają krajobraz. W kominku wieczorami trzaska ogień. Wiele domów tutaj nie ma żadnego typu ogrzewania. Kominek wystarcza. My też właściwie włączamy ogrzewanie jakieś dwie godziny dziennie. Nie mamy kominka. Jakoś trzeba się ratować.
Ale ja nie o tym. Ja o Mikołajach. A właściwie to nie do końca. Otóż te moje Katalany to są bardzo wesołe ludzie.
Ale od początku.
Trzeba iść do lasu i znaleźć kawałek kołka. Potem temu kołku trzeba doprawić nogi. Trzeba mu narysować buzię, oczy i przyczepić nos. Trzeba mu ubrać czapkę i przykryć go kocykiem.
Po czym trzeba go umieścić w jakimś dość łatwo dostępnym miejscu i wysłać dzieci na poszukiwanie kołka. Nie należy się zbytnio starać z ukrywaniem kołka, coby przypadkiem dzieci w lesie nie zgubić.
Kołek zwie się Tió. Kiedy już znajdziemy Tió,  który ewidentnie jest przemarznięty i głodny, musimy go czym prędzej zabrać do domu. W domu rozpoczyna się proces tuczenia Tió. Dzieci dbają o to, by zawsze miał coś na talerzyku. Rodzice natomiast dbają, by położone na przykład mandarynki zostały przez Tió zjadane. Zawsze pod nieobecność dzieci oczywiście.
Tak przez cały grudzień. Tió je i pije i siedzi sobie pod kocykiem.
Jaka fajna tradycja powiecie. Jaka rozwojowa dla najmłodszych.
Więc poczekajcie.
Otóż w tej pięknej tradycji, tak rozwijającej odpowiedzialność, systematyczność i troskę o innych na koniec, dnia 24 grudnia Tió dostaje porządny wpierdol. Tak. Ni mniej ni więcej.
A dzieje się to tak. Tió najedzony, upasiony do oporu wszelkiego rodzaju przysmakami ma teraz się załatwić. Serio. Na dodatek ma się załatwić przy akompaniamencie piosenek "caga tió" i razów otrzymywanych od dzieci kijem. Wszystko dlatego, że Tió "caga" prezenty.
Pierwszy raz,  jak zobaczyłam cały ten barbarzyński proceder nie chciało mi się wierzyć. Nie jestem taka święta, uśmiałam się po pachy. Co jednak nie zmienia faktu, że całość wydawała mi się nieco troglodycka i okrutna.
Ale tradycję trzeba szanować. Cała zabawa mi się podoba. Nawet bardzo, nie podoba mi się tylko to okładanie biednego Tió kijem. Można by go przecież równie dobrze na przykład głaskać. Nad tym jednak wciąż pracuję.
Tió jest stworem wszechobecnym. Jest w każdym domu, na każdej wystawie sklepowej. W świątecznej dekoracji nie może go po prostu zabraknąć. Można go wszędzie kupić w każdym rozmiarze. Nie ukrywam, że nasz Tió też przywędrował ze sklepu, po czym go po prostu ukryliśmy w lesie. 



Oto lekcja pierwsza różnic kulturowych.
W następnej opowiem wam o szopce. Szopka bowiem również jest nieodłącznym elementem dekoracji świątecznych. W domach wierzących i pozostałych. Pojawia się w niej za to pewna tajemnicza postać, której obecności do dziś nie rozumiem. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz