expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Jak kochać kobietę

Łatwo jest kochać piękną kobietę. Taką inteligentną, zaradną prawdziwą babkę z klasą. Spełnioną zawodowo, z zainteresowaniami, oczytaną. Troskliwą, zabawną i nie nachalną. Taką co przy tym potrafi lunchbox do roboty przygotować i czasami jakąś koszulę wyprasować. Takie kochanie właściwie samo się robi. 
Często zarzuca się wielu z nas, że po ślubie to już na bank ze szpilek przeskakujemy w conversy, że makijaż i bielizna w jendym kolorze pozostają w strefie mglistych wspomnień i ewentualnych wielkich uroczystości.  
No a po dzieciach? Po dzieciach to już generalnie armagedon. Że niedoczesane, niedomalowane, pogniecione, że bałagan, że transformacja w kurę domową pełną gębą. Można tak długo.
To samo tyczy się kobiecego narzekania. Bo piwny brzuszek zamiast kaloryfera. Bo wiecznie w pracy. Bo nieodpowiedzialny, nie można go z dziećmi zostawić. I tak dalej. Lista nie ma końca. Piszę z perspektywy kobiety, bo jestem kobietą. Jak wiadomo punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.


 
Nie chodzi o to, żeby każda laska biegała w niebotycznych obcasach. Nie chodzi o to, by każda biegła na spacer z dzieckiem w pełnym mejkapie. Nie chodzi o to, żeby każda zarywała nocki ściągając mleko do pojemników, rankiem pędząc do swojej ukochanej pracy. Nic bardziej mylnego.
Chodzi o równowagę.
Jest w tym wszystkim sporo prawdy. Jednak każdy kij ma dwa końce. 
Do tego, by normalna dziewczyna stała się taką piękną kobietą, o której piszę, jest długa droga. Ta droga wymaga zaangażowania jej samej i jej partnera w cały ten proces. Bo jak inaczej poświęcić się pasji. Jak inaczej zmarnować czas na zakuwanie do sesji, skoro luby czeka? Jak być oczytaną, jeśli nie ma chwili na czytanie? Bo gary, bo pranie, bo kosz ze śmieciami? Bo dzieci? No i wreszcie, bo żona Jaśka, to sama zobacz, ona to sobie ze wszystkim świetnie radzi.
Taka żona Jaśka staje się obiektem zazdrosnych spojrzeń. Często staje się obiektem fantazji.  Często staje się przyczyną problemów. Co za bzdura. 
Wystarczy sięgnąć pamięcią do początków. Dlaczego ona? Jak to właściwie wyszło? I proste, okazuje się, że mamy w domu nie heterę, nie ostatnią wiedźmę, straszydło w dodatku. Tylko piękną kobietę, która może gdzieś po drodze pozostawiła swoje pasje na rzecz parowania skarpetek. Może zrezygnowała z korpo i prestiżowych wypadów na rzecz wożenia maluchów do przedszkola. Może nie wybrała się na ten kierunek o którym tyle kiedyś mówiła, bo w sumie to nikt jej w tym pomyśle nie wspierał. 
Łatwiej było pójść na jakiegoś pewniaka, wiadomo z aktorstwa, fotografowania, pisania, archeologii nie jest łatwo żyć. 
A jak ona się śmiała! Na wszystkich spotkaniach otoczona wianuszkiem roześmianych gęb obu płci wodziła rej. No i miała tą iskrę. Było w niej coś, co nie dawało spokoju. No tak, gdzie to sie podziało?
Otóż między skarpetkami pewnie się podziało. Albo gdzieś między karmieniem o drugiej nad ranem a zmianą pampersa o czwartej. Albo może podziało się w drodze od pralki do zmywarki. Albo może gdzieś między taksówką a metrem. 
Gdzieś w tej codziennej gonitwie często gubi nam się to coś. To coś, czego brak czasami da się znieść, a czasami powoduje całkowitą gehennę w związku.
To samo dokładnie dzieje sie po tej drugiej stronie. W końcu naprawdę trudno ciężko pracując, łapiąc nadgodziny by utrzymać rodzinę i dorobić na porządne wakacje zadbać o kaloryfer i pamiętać o kupnie kwiatów. Wiem, można. Tak samo, jak można na spacer z dzieckiem w szpilkach. Pewnie, że tak. Tylko jest to trudniejsze i często po prostu w natłoku codziennych spraw idziemy po najmniejszej linii oporu. 
Nie można za to winić ani faceta, ani kobiety. Po prostu dzieje się. Czasami z zaniedbania, czasami z braku konsekwencji. Czasami z lenistwa. Czasami z odkładania na później. Czasami z przyzwyczajenia. Gubi sie i już.
Czasami warto tego poszukać i odzyskać.
Serio. 
Zanim zaprzepaści się iks lat właściwie fajnego, dobrze funkcjonującego związku na rzecz żony Jaśka, czy tego superprzystojniaka spod czternastki. Warto przysiąść i zastanowić się. Nie nad tym, co się dzieje teraz. To jest oczywiste. Nad tym, gdzie i w którym momencie zgubiło się to "coś". Tak na zimno. Bez szukania winnego i zasłaniania się wszelkiego rodzaju wymówkami.
Bo wina jest zawsze po obu stronach. 
Pozostaje więc kwestia najważniejsza.
Naprawić, czy wywalić i wziąć nowe.
Bo wiecie nowe, to też może być bubel.  
A conversy też mogą być fajne, jeśli właścicielka stóp dysponuje szerokim szczęśliwym uśmiechem. 
Nie dajmy się zwariować stawiając wymagania, bez własnego wkładu i pracy.
To tak z moich przemyśleń. Jak uważacie? Naiwna jestem? 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz