expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

poniedziałek, 12 października 2015

Złe nawyki

Jak zarwać nockę?
Jak dobić się samemu?
Co zrobić, gdy po męczącym dniu nareszcie możesz się położyć i odpocząć?
Jak spieprzyć szansę na spokojnie przespaną noc?

Post instruktażowy. 


On śpi. 
Matka wariatka zakrada się cichutko, na paluszkach do pokoju. 
Staje nad łóżeczkiem i patrzy. I patrzy i wzdycha. 
Taki śliczny, taki mój, taki malutki, taki słodki. 
Och i ach. 
Na palcach równie cicho wycofuje się lawirując między porzuconymi samochodzikami a klockami lego. 
Dociera do sypialni i pada na łóżko. 
No tak, jest druga w nocy, jest wykończona, dzisiejszy dzień to była po prostu batalia zakończona kompletnym armagedonem z powodu groszku, czy serka, czy czego tam - sama już nie pamięta. 
Ale trzeba było przed snem jeszcze zajrzeć choć na chwilkę do niego. 
Och i ach. 
Taki kochany bąbelek... Zasypia.

Dziesięć minut później.

BUUUUUUUUUUUUUU!!! 
MAMAAAA!!! 

Tup tup tup tup tup. 
Jako pierwszy pasażer na gapę do celu dociera Miś. Bam! (Szczęście, jeśli nie w oko)
 Szur szur szur. Zgrabnie odpycha się mininogą od ściany windując mały tyłek na mamine łóżko. Dziedzic Bam! Plask! Stopą w brzuch matki wariatki. 
Chciałaś, masz. 
On już śpi.


Tak przedstawia się pierwszy scenariusz. 
W wersji łagodnej. 
Sprawa przedstawia się zgoła gorzej, gdy podczas takiego nocnego rajdu ze swojego pokoju do naszej sypialni szanowny dziedzic rozjeżdża się na jakimś resoraku, rozpłaszczając gdzieś na korytarzu. Pół biedy jeśli miś, bądź śpiący pies zamortyzują upadek. 
Matka wariatka zbudzona łomotem wyskakuje z łóżka pędząc na ratunek wyjącemu jak syrena dziedzicowi. 
Pies zazwyczaj próbuje ratować sytuację liżąc księciunia po nosie, co doprowadza go do jeszcze większej histerii. 
Przy dobrych wiatrach ofiara wraz z matką wariatką docierają do sypialni i po chwili ofiara słodko pochrapuje wbijając stopy w brzuch rodzicielki. 
Jeśli Bogowie na Olimpie nie są w dobrym humorze ofiara z ryku przechodzi w śmiech i radosny (choć dla matki złowieszczy w tym momencie) krzyk 
"BAWIĆ!" 
Łapiąc z podłogi resoraka, przyczynę całego zamieszania. 
Wówczas matka wariatka nie bardzo wie, czy skakać z okna (że niby z pierwszego piętra to może choć kostkę skręci i będzie mogła się nad sobą poużalać)
 krzyczeć (ale na kogo, na siebie? Było się nie pakować na siłę i nie wgapiać w śpiącego)
Wiadomym jest, że wszelkie tłumaczenia, prośby, czy grożby dziedzica w takim momencie od zabawy nie są w stanie odwieść.

Scenariusz trzeci.
Totalne apogeum. 
Matka wariatka skradając sie po cichutku, na paluszkach, na boso oczywiście natrafia na swej drodze przeszkodę w postaci np. ludzika duplo. #@$#^%&@#@$%^@# !!!!!! 
Szeptem ma się rozumieć. 
Łomot. 
Spowodowany nieudolną próbą wycofania się na zdrowej nodze, przy jednoczesnym rozmasowywaniu tej poszkodowanej spotkaniem z potworem z lego.
 
BUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUU!!!
MAMAAAAAA!!!

I weź tu teraz wytłumacz takiemu ryczącemu stworzeniu, dlaczego matka leży na podłodze czerwona, jak burak płacząc, turlając się i zatykając sobie buzię ze śmiechu. 
No i to wszystko rzecz jasna o drugiej nad ranem.
No problem.
W tym scenariuszu zazwyczaj widok wijącej się u stóp łóżeczka rodzicielki wydaje się dziedzicowi na tyle zabawny, 
że w moment przechodzi z fazy opętańczego wycia 
do fazy roześmianego pełnego energii, myślącego że jest mniej więcej południe dziecka, wykrzykującego 

"BAWIĆ!" 


Podsumowując. 
Chyba przestanę zaglądać do Młodego przed snem. 
Ma toto jakiś radar w wmontowany czy jak? 
Ilekroć zajrzę, tak na chwilkę, zakładając pierwszy scenariusz, że wszystko dokladnie posprzątaliśmy przed snem. Nie ma żadnych pułapek podstępnie czających się na moje wątpliwe już zdrowie. 
No i nie ma siły. No nie ma. Dziedzic po dziesięciu minutach z rykiem godnym syreny w strażackim wozie nadciąga na pełnym gazie, by dotarłszy skopać matkę winowajczynię.
Jak nie zajrzę to czasami nawet tak do 6.30 lub nawet do 7.00 cisza i spokój. 
Nie zawsze, wiadomo. Ale przynajmniej pozostawiam sobie jakieś szanse. 
Tylko, jak tu zrezygnować z tego Och i Ach...



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz