expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

poniedziałek, 19 października 2015

Grzybobranie po katalońsku part.1

W końcu zabrali mnie na te obiecywane od pięciu lat grzyby. Zazwyczaj w tej epoce jedziemy do Polski i jakoś zawsze po powrocie było już po ptokach. Przed corocznym posezonowym wyjazdem nikt o tym nie myślał i o katalońskim grzybobraniu przypominaliśmy sobie ze Ślubnym Znajomym spacerując po polskich lasach. 

No i dziś nadszedł ten dzień. Wiedziałam już, że nasze spacerowe zbieranie grzybów i tutejsze to dwie zupełnie różne bajki. Widząc w jakim stanie są otaczające naszą wioskę lasy od wyjazdu z domu zastanawiałam się, jakie oni maja sposoby na wejście do tej gmatwaniny chaszczy. Zaopatrzyłam się w sporych rozmiarów apaszkę, bo w Polsce gdzie są chaszcze są i pająki, dodatkowo wrzuciłam do plecaka czapke z daszkiem, tak dla pewności. Jechałam trochę na zasadzie "chciałaś masz, tyle ględziłaś przez pięć lat o grzybach to teraz nie marudź". Na szczęście zastałam zabrana w teren lajtowy. Żadnego czołgania się i przebijania z maczetą. Na wyposażeniu samochodu mieliśmy co prawda piłę łańcuchową i siekierę na "w razie wu" ale nie było konieczności użycia żadnej z nich. Z pająków też o dziwo spotkałam tylko jakieś tam malutkie biegające po ziemi, żadnych wiszących między drzewami pułapek.
Owszem, wszędzie było pod górkę, albo z górki, nogi odpadają, to nie lubuskie spacerowanie z koszykiem.






Reasumując. Grzybów było pińć dobrych i trylion jakichś dziwadeł. 
Były maślaki i prawdziwki takie jak u nas. Kurki znaleźliśmy dwie. Jednak było całe mnóstwo innych, kolorowych żółtych i pomarańczowych i różowych i czarnych i szarobiałych, wszystkie trujące. 
Poza grzybami były też inne przysmaki.
Początkowo miałam w planach robić zdjęcia grzybów, jednak teren okazał się tak ładny, że zajęłam się krajobrazem. Niestety pogoda nie sprzyjała, miejscami mgła była tak gęsta, że nie było widać dalej niż na dwa metry. 






Kolorostyka w niczym nie ustępująca naszej Złotej Polskiej Jesieni





Na koniec wycieczki dotarliśmy na tą oto polanę, gdzie spotkałam stadko bardzo wdzięcznych modelek. Nieco może zdziwionych obecnością paparazzi, jednak nie zgłaszających zbyt głośnych protestów.

Milka numer jeden wdzięcznie pozująca w oparach mgły

  
Milka mama i milka bebe w otoczeniu innych milek


 Milka przywódca wodząca za mną uparcie wzrokiem, wyrażająca swoją dezaprobatę delikatnym pomilkiwaniem


Milki weteranki, ignorujące naszą obecność


Moja faworytka, Milka wypłosz, pozująca nieśmiało, jednak chętna do współpracy

Koniec końców wycieczka udana, choć grzybów mało. Aż żałuję, że nie zabrałam Młodego. Następnym razem pojedzie.
Z ciekawostek. Przejeżdżaliśmy przez ten most. Ślubny i Kolega, który z nami jechał, wyjaśnili mi, że jakieś dwadzieścia lat temu skakali tu do wody. Bez komentarza, to jakieś dwadzieścia metrów, zdjęcie nie oddaje wysokości, bo po prostu bałam się wychylić. Matko i córko za kogo ja wyszłam...

Mam nadzieję, że uda nam się wrócić w to miejsce bądź pojechać w inne i zdobyć materiał na grzybobranie po katalońsku part.2, bo mimo bardzo udanego wypadu nie jestem usatysfakcjonowana zawartością koszyka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz